Dziś jest , imieniny obchodzą:

Wakacje u mamy

Nareszcie doczekałam się lata i upragnionego urlopu. Ze względu na Pawełka, nie planowaliśmy żadnych wypraw w dalekie, egzotyczne zakątki naszego globu. Postanowiliśmy, starym zwyczajem - utartym przez rzesze emigrantów - pojechać w rodzinne strony i pomieszkać trochę na ojczystej ziemi wśród swoich. Pobyt u moich rodziców pozwolił nam nie tylko trochę odetchnąć, bo mama chętnie zajmowała się ukochanym wnusiem, ale też i zaoszczędzić parę groszy na planowany remont mieszkania. W sumie był to więc udany urlop, choć nie obyło się bez przygód.

 

Pakowanie i podróż minęły nam dosyć sprawnie, choć przeżyliśmy prawdziwe chwile grozy. Niecałe 100 km za Brukselą Pawełek zaczął wyć jak syrena strażacka i to bez powodu, bo był najedzony, ubrany odpowiednio do podróży i miał czystą pieluszkę. Darł się w niebogłosy, zrobił się cały czerwony i zaczął kopać nóżkami. Nie było go jak uspokoić, bo okazało się, że… nie ma smoczka. Zaczął się więc istny cyrk ze zjazdem z autostrady i poszukiwaniem sklepu lub apteki w celu zakupienia tego nieocenionego uspokajacza. Udało nam się w końcu zakupić dwa smoczki (już na zapas, by zaoszczędzić sobie w przyszłości podobnego stresu) i wyruszyliśmy w dalszą drogę już bez żadnych przeszkód czy utrudnień.

 

Moi rodzice jak zawsze zrobili z naszego przyjazdu wielkie święto. Na szczęście, dali nam odpocząć i spokojnie się wyspać, ale na drugi dzień sprosili rodzinę, rodziców Jacka i sąsiadów na niedzielny obiad. Mam uwijała się jak w ukropie, żeby wszystko podać do stołu, choć większość jadła miała już podgotowane i podszykowane. Tata zajął się serwowaniem napoi i trunków maści wszelakiej, w tym wyrobów domowej roboty. Goście ze smakiem pałaszowali co podawano i zadowoleniem opróżniali kolejne talerze, miski, salaterki i talerzyki. Dobrze, że mama doczekała się w końcu zmywarki – pomyślałam, mając przed oczami stertę naczyń i sztućców, którą trzeba będzie pozmywać. Moja teściowa siedziała przyklejona do Pawełka nieustannie się nim zachwycając i wychwalając głośno jego zalety, które to jej zdaniem po Jacku odziedziczył. Tak cmokała nad maluchem, tak go pieściła i pierś wypinała z dumy, że takiego to się wnusia doczekała, że w końcu i teść i mój mąż zaczęli ją strofować i przyciszać, twierdząc, że to nie uchodzi tyle gadać i że jeszcze jakiś urok na małego ściągnie tym swoim paplaniem. Ja się nie wtrącałam, bo w końcu to nie moja rodzicielka robiła z siebie błazna, a po drugie zajęta byłam pomaganiem mamie i obsługiwaniem gości.

 

Gdy towarzystwo się w końcu najadło, zaczęło do ogrodu wychodzić na papierosa, na pogawędkę i żeby na słoneczku kościska trochę powygrzewać. Skorzystałam z okazji i wzięłam umęczonego hałasem i ciągłym obcałowywaniem Pawełka na górę, żeby go położyć spać. Kręcił się i długo nie mógł zasnąć, zapewne też nie mając swojego łóżeczka i będąc w obcym dla niego miejscu, że w końcu i mnie się zdrzemnęło. Obudziło mnie natarczywe pukanie do drzwi i głośne śmiechy i śpiewanie dobiegające z parteru i z ogrodu. Z trudem zwlekłam się z łóżka, bo dobrze mi się spało i chętnie bym jeszcze przedłużyła moją sjestę. Synek spał jak aniołek i na szczęście żadne hałasy go nie obudziły. To moja mama stukała do drzwi prosząc, żebym zeszła na dół. Ogarnęłam się szybko i popędziłam zobaczyć, o co chodzi. A tu niespodzianka! Na stół wjechał wielgachny tort roboty jednej z zaproszonych ciotek, a za nim inne ciasta, ciasteczka i nawet lody. Zapytałam moją mamę, co to za okazja do tak hucznego świętowania. W odpowiedzi, rodzicielka jednym tchem wyrecytowała litanię rocznic godnych sproszenia licznych gości i zorganizowania wystawnego obiadu: 35. rocznica ślubu rodziców, moje lipcowe imieniny i sierpniowe urodziny, rocznica moich zaślubin z Jackiem, a także rocznica chrztu Pawełka. Rozbawiło mnie to, bo mama do jednego kotła wrzuciła minione już, przyszłe i obecne okazje. Zarzut ten jednak odparła, że to siła wyższa, bo nie mieszkamy na sąsiedniej ulicy, ani nawet w sąsiedniej wsi, żeby móc się spotkać kiedy trzeba, i uczcić co trzeba. Goście się zgodzili z tym rozumowaniem, bo przecież większość też miała bliższych i dalszych krewnych w obcych krajach i zaczęli śpiewać ogólne Sto lat! dla wszystkich solenizantów i jubilatów. Potem były prezenty, kwiaty i opychanie się słodkościami zapijanymi trunkami na tego typu okazję odpowiednimi. Zabawa się rozkręciła, zaczęły się nawet śpiewy i lekkie podrygi, tak, że końca biesiadzie widać nie było, zwłaszcza, że aura sprzyjała i na ogrodzie można było jeszcze długo w słońcu posiedzieć.
Gdy już goście strawili wszystko, co do tej pory zjedli, rozpoczęli na nowo degustację rozmaitych sałatek jarzynowych i warzywnych, wędlin różnych gatunków, galaret drobiowych i świeżego pieczywa z wiejskim masłem. Patrząc, z jakim smakiem zajadają się na nowo wszystkim, co podane, pomyślałam, że zupełnie zapomnieli o swoich dolegliwościach (wysoki cukier, leniwe wątroby, słabe nerki), tudzież o dietach, na które wciąż tylko utyskują, że nieskuteczne. Ale krytykować ich nie miałam zamiaru, bo sama bym się rzuciła na to wszystko, co mama tak pięknie przygotowała, gdyby nie to, że w końcu widziałam pierwsze rezultaty mojego zdrowego odżywiania się i intensywnych ćwiczeń, których nie chciałam zaprzepaścić. Gdy zbliżało się ku wieczorowi, biesiadnicy zaczęli powoli opuszczali nasz rodzinny dom. Gdy tato zamknął za ostatnim z gości drzwi, zabraliśmy się wszyscy do porządkowania, pucowania i szorowania, tak, żeby na drugi dzień roboty nie odkładać. I dobrze zrobiliśmy, bo nazajutrz czekały nas nowe wydarzenia, i to zupełnie przez nikogo nieoczekiwane…

 

Jak się później okazało, kilku z uczestników naszego przyjęcia bardzo źle się poczuło. Podobnie zresztą jak Jacek, moi teściowie i mój tata. Silne bóle brzucha i głowy, wymioty, biegunki i ogólne osłabienie organizmu z gorączką włącznie, zaczęły dokuczać większości z biesiadników. Niektórzy poczuli się tak źle, że wylądowali na obserwacji w szpitalu. Sama się trzymałam, bo mało na przyjęciu zjadłam i nic - z tego co skonsumowałam - na szczęście mi nie zaszkodziło. Były badania, analizy resztek jedzenia, węgiel w tabletkach i ścisła dieta. Wszystko wskazywało na to, że przytruciu winne były jajka z ciasta i kurczak z galaretki drobiowej zrobionych przez jedną z ciotek, a w których była niewiadomego pochodzenia bakteria salmonelli. I tak, po raz kolejny, o naszym przyjęciu – jak wcześniej o weselu – było w okolicy głośno przez kilkanaście kolejnych dni. Wszyscy goście się porządnie przegłodzili, schudli, no i zapamiętali, że jaja trzeba w lodówce trzymać z daleka od wszelkiego jadła. W przeciwnym wypadku, zwłaszcza letnia porą, można się porządnie zatruć i zamiast na leżaku w ogrodzie, wylądować na szpitalnym łóżku.

Anna Karska

Polecamy

Lato to wymarzony okres nie tylko na wyjazdy wakacyjne w dalsze czy bliższe krainy, ale także doskonały moment w roku, aby zadbać o swoje locum.

Jeszcze tylko chwila, jeszcze kilka dni i zaczną się wakacje. U mnie, w tym roku trochę inaczej, trochę na raty. Nasz syn kończy pierwszą klasę szkoły średniej, a córka jest w podstawówce, więc jego wakacje zaczynają się wcześniej.

Rozpoczęcie nowego roku szkolnego to dla wielu mam większy stres niż dla ich dzieci. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że rodzicielki są świadome nawału pracy jaki je czeka w ramach codziennej gonitwy między pracą, domem, a szkołą.

Znowu nadszedł nowy Nowy Rok i z czego tu się cieszyć? Rok więcej na liczniku, kilka kilogramów krąglej po świątecznych libacjach…

 

CES 2017 już za nami, a oto dalszy ciąg intrygujących nowości, które wzbudziły duże zainteresowanie wśród uczestników targów i być może niedługo trafią do sklepów.

 

 

Parlament Europejski wydał rozporządzenie ustanawiające zasady odszkodowania i pomocy pasażerom w przypadku opóźnienia lotu, odwołania lotu lub odmowy przyjęcia na pokład.

 

Zaczął się kolejny rok szkolny, co wcale jednak nie oznacza konieczności spędzania weekendów w domu. Świetną okazję do jednodniowej wycieczki stanowi pokaz walk szczudlarzy w Namur, stolicy Walonii, oddalonej od Brukseli o ok. 60 km.

Wywiad z Józefem Ptaszyńskim, członkiem komitetu organizacyjnego Konkursu „Polak Roku”

Bez wątpienia klimat w Belgii jest znacznie łagodniejszy niż w Polsce, a co za tym idzie i wiosna nadchodzi znacznie szybciej.

Wiosna zaczęła się na dobre, co dla osób mających ogródki oznacza okres wytężonej pracy. Niestety, ja nie należę do fanów grzebania w ziemi i przycinania gałązek.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Koncert Budki Suflera
  • Mini galeria 03
  • Miss Fitness
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Mini galeria 04
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka 2012
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Gimnazjalistów
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Ani Mru Mru

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices