Dziś jest , imieniny obchodzą:

Piękny i Bestia

Można by zacząć tak: Dawno, dawno temu… Ale po co, jak to było niedawno i trwa do dziś…

 

Urodziłam się, bo nie miałam innego wyjścia. Zwyczajny wypadek przy pracy moich rodziców. Gdyby nie niski budżet moich staruszków, pewnie by mnie nie było. A tak – bach! I jestem. Od zawsze mała, czarna, z żabimi oczami. Od dziecka uroda nie była moim mocnym atutem. Mama uporczywie wmawiała mi, że nie ma się czym przejmować, że najważniejszy jest intelekt i stan duszy. A jaki może być stan duszy 8 letniej paskudy, z której babcia potajemnie ściągała uroki, a zaprawiony w bojach stryj (weteran wojenny), bał się zostać sam ze mną w domu, niby źle mi z oczu patrzyło.

 

Szkoła… jakiś koszmar. Zaledwie dwie życzliwe mi koleżanki, które lubiły pokazywać się w moim towarzystwie. U boku nastoletniej anorektyczki, płaskiej jak deska, z aparatem na zębach, rozczochranymi lokami, które szczelnie zakrywały wielkie zielone (a może niebieskie) oczy, pulchne cycatki prezentowały się całkiem nieźle. Dobrze wiedziałam, dlaczego zabierają mnie na imprezki. Intelekt zdecydowanie był moją mocną stroną. Zresztą ćwiczyłam go, co wieczór czytając przeróżne romansidła i wypłakując się do poduszki. Całą swoją energię skutecznie lokowałam w naukę i pomoc rodzicom w prowadzeniu firmy. Biuro nieruchomości działało prężnie i pomoc kogoś, kto świetnie orientował się w systemach komputerowych, była nieoceniona.

 

Klasa maturalna i wybór studiów… pestka. W porównaniu ze studniówką. Matury się nie bałam – wystarczy, że nauczyciele trzymali się na dystans od brzyduli. Studia? Żaden problem – SGGW i projektowanie ogrodów. Fauna i flora zawsze były mi przychylne. Ale wrócę do studniówki. Panika, strach i brak partnera. Jednak mogłam liczyć na dwie niezastąpione koleżanki, które przez kilka lat zrobiły się jeszcze bardziej pulchne i z tego, co pamiętam, też nie miały chłopaków. Umówiliśmy się na 19.00 u mnie w domu. Tata miał nas zawieźć samochodem do pobliskiej restauracji, gdzie zorganizowana była studniówka.

 

Nadszedł czas na image, który i tak z pewnością nic nie dał, ale żeby nie było, że nie próbowałam. Jakieś dwa dni wcześniej kupiłam sobie sukienkę – kolejna zmora. Odkąd sięgam pamięcią, leginsy i luźne swetry były moją niezastąpioną zbroją. Ortodonta usunął mi aparat, który w moim przekonaniu i tak wiele nie zmienił. Ale do dzieła… lekki makijaż, błękitna zwiewna sukienka z odkrytymi ramionami – o dziwo, zauważałam, że kiecka bez rękawów i ramiączek, ma się na czym trzymać. Włosy – no cóż, z nimi nic się nie dało zrobić. Burza loków, z małym wyjątkiem, bo, upinając je lekko z tyłu, odsłoniłam żabie oczy.

 

Gotowa, choć nie do końca przekonana do swojego wyglądu, poprosiłam mamę o ocenę. Pierwszy wyłowił mnie wzrokiem tata: – Wyrosłaś Basiu – wykrztusił z lekkim uśmiechem. Mama, jak to mama – dla mnie zawsze byłaś wyjątkowa. No tak, wyjątkowa… można to różnie interpretować. Ale dobre i to, na pocieszenie przed koszmarnym wieczorem. Nie było czasu na rozmyślania. Dwie usłużne przyjaciółki dzwoniły jak opętane do drzwi. Tata wymachiwał kluczykami od auta, co wyrażało jego zniecierpliwienie, więc pewnym krokiem ruszyłam do wyjścia. – Basiu! Poczekaj! – zawołała mama. – Mam dla ciebie mały drobiazg. Podeszła i założyła mi na rękę bransoletkę. Cacko stare, aczkolwiek gustowne. – To bransoletka babci, oby przyniosła ci szczęście tak jak jej, dodała i posmutniała.

 

Impreza rozkręcała się powoli. Kilkoro zakochańców kręciło się na parkiecie. Ja i moje przyjaciółki bezy, ulokowałyśmy się przy stoliku, skąd było widać wejście i cały parkiet. Przez pół godziny słuchałam nieocenionych opinii koleżanek na temat garderoby nowo przybywających par. Nagle moją uwagę przykuła para, której częścią przykuwającą był ON. Jaki piękny! Wysoki, blondyn, niebieskie oczy, dobrze zbudowany i ten uśmiech! O rany! Gdybym nie była świadoma swojego wyglądu, zrobiłabym wszystko żeby zwrócić na siebie uwagę. Ale cóż – byłam świadoma.

 

Bal nabierał tempa. Pary tańczyły. Samotne panie grzały krzesła, a samotni panowie dobrze czuli się w swoim towarzystwie, popijając poncz. Kapela zaczęła grać jeden z tych kawałków dla zakochanych, a ja miałam kluchę w gardle. I nagle totalne zamroczenie. Ten piękny książę ukłonił się przede mną i zapytał: – Zatańczysz ze mną? Moja partnerka poszła poprawić sobie makijaż, a ja tak lubię tę piosenkę. Mam na imię Kostek, a Ty? – Ja? Ja… Basia… Cała zdrętwiała, oszołomiona, zawstydzona i ogólnie skołowana, nie wiem jak wstałam, podałam mu rękę i jak klaun na szczudłach podążyłam z nim na parkiet. Nie słyszałam melodii, sala wydawała mi się pusta, byłam tylko ja i on. Mówił coś do mnie, ale ja pląsałam jak w amoku. Po kilku minutach przywołałam swoją jaźń do porządku. – Więc masz na imię Kostek? Dlaczego nie kojarzę ciebie ze szkoły? – Jestem kuzynem Izy, towarzyszę jej na balu. Niedawno przyjechałem z rodzicami z zagranicy. Tańczyliśmy i rozmawialiśmy jakbyśmy znali się od wieków. Nigdy w życiu tak się nie czułam. Jakby sen na zmianę z ciepłym letnim deszczem otulał moje ciało. Niestety, kapela przestała grać i mój książę odprowadził mnie na miejsce. Usiadłam i podziękowałam, ale Kostek wciąż trzymał mnie za rękę i patrzył inaczej niż inni. – Basiu, to, co teraz zrobię może cię zdziwi, ale proszę zaufaj mi… Cudowny, piękny, niebieskooki odpiął moją bransoletkę i wsunął do kieszeni swoich spodni. – Oddam ci ją na naszym ślubie… – powiedział i odszedł, tyle go widziałam.

 

Mijały lata, skończyłam studia, projektowałam swoje ukochane ogrody. Obcowanie z naturą sprawiło, że wyładniałam i nawet miałam kilku adoratorów. Ale żaden z nich nie był Kostkiem. Cały czas żyłam tym kilkuminutowym tańcem, emocjami jakie mną wtedy targały i słowami „oddam ci ją na naszym ślubie”. Oczywiście mamie powiedziałam, że zgubiłam bransoletkę. Wcale nie była zła, skwitowała „widocznie tak miało być”. Ale nie można żyć tylko marzeniem o księciu, o spełnionej miłości, bo kto z tego wyszedł cało? No kto? Chyba tylko Kopciuszek.

 

Dostałam nowe zlecenie. Ogród marzeń. Piękny dom, 3000 m działki, którą zleceniodawca polecił mi w e-mailu zagospodarować według własnego gustu. Za pół roku wraca z zagranicy i wszystko ma być gotowe. Przede mną była wyczynowa praca, bo zima za pasem. Dni mijały. Moi pracownicy uwijali się jak mogli i schodzili mi z drogi, emocje sięgały zenitu. Ostatnie poprawki, ocieplanie roślin. Na szczęście zima była łaskawa. Co za furiat, żeby zlecać mi zakładanie ogrodu pod koniec lata. Dostałam e-maila: „Pani Basiu, wracam 14 lutego. Chciałbym się z panią spotkać, rozliczyć i odebrać klucze. Spotkajmy się na mojej posesji o 17:00, pozdrawiam, K. Mazur”. No pięknie! W Walentynki i o 17! Byłam umówiona z koleżankami na domówkę antywalentynkową. Trudno, jakoś się wytłumaczę. Klient nasz pan.

 

14 lutego, punktualnie o 17:00, czekałam na swojego zleceniodawcę. Podjechał samochód. No nareszcie! Może jeszcze zdążę spotkać się z dziewczynami… Z samochodu wysiadł przystojny mężczyzna z ogromnym bukietem róż i podążył w moją stronę. Im bardziej się zbliżał, tym bardziej biło mi serce. Kiedy był już w odległości dwóch metrów, moje ciało odmówiło posłuszeństwa… – Kostek! – wykrzyknęłam i rzuciłam mu się w ramiona. – Basiu! Tak, to ja. Wyjdziesz za mnie? Mimo całkowitego paraliżu, byłam w stanie wykrztusić tylko „tak, tak, tak!”…

Kostek studiował za granicą. Wrócił i pobraliśmy się. Bransoletkę babci założył mi na rękę w dniu naszego ślubu…

Polecamy

Kiedyś, całkiem w sumie niedawno, było tak, że mordercę skazywano na śmierć, a on błagał o życie. Świat zwariował: dziś takiego samego mordercę skazuje się na dożywocie (czyli życie), a on błaga o śmierć.

Każdy słyszał o francuskich zamkach nad Loarą, które zachwycają architekturą i pięknymi ogrodami. Ale ci, którzy lubią zwiedzać zamki, wcale nie muszą jechać aż do Francji - w Belgii jest również sporo budowli tego typu wartych odwiedzenia.

Zakup prezentu, który obdarowanemu sprawi prawdziwą radość i będzie jednocześnie niespodzianką, naprawdę nie jest taki prosty, jakby się z pozoru mogło wydawać.

Tegoroczne wakacje nie kosztowały nas zbyt wiele. Cały miesiąc mieszkaliśmy w domu moich rodziców, którzy zadbali też o nasze wyżywienie i zapasy na wyjazd do Belgii.

 

Wyborcy przebywający w dniu wyborów za granicą będą mogli wziąć udział w głosowaniu, jeżeli posiadają ważny polski paszport lub dowód osobisty oraz zostaną wpisani na podstawie osobistego zgłoszenia do spisu wyborców sporządzonego przez konsula właściwego terytorialnie dla mie

Kolejny etap miał być najkrótszym ze wszystkich, tylko 15 km i „tylko” 1000 m w górę – na Wielką Przełęcz św. Bernarda. To najwyżej położony punkt na naszej trasie – 2469 m n.p.m., na granicy Szwajcarii i Włoch. Swoją nazwę zawdzięcza św. Bernardowi z Menthon, patronowi alpinistów i ratowników górskich, który w 1050 roku założył tam schronisko dla pielgrzymów.

Najgorszą rzeczą, jaką możemy sobie wyobrazić podczas używania komputera, jest dla nas awaria systemu. Włączamy komputer i ups...Windows nie chce się otworzyć. Niestety, taka sytuacja przytrafiła się również i mnie.

Drodzy Czytelnicy! Kolejny rok nam minął „jak z bicza trzasł”. Ani się człowiek nie zdążył obejrzeć, a tu, proszę Państwa, Boże Narodzenie tuż-tuż.

 

Wielu emerytom trudno wyżyć za przeciętną emeryturę. Ale co się dzieje, gdy jeden z nich umiera? Czy mają prawo do renty rodzinnej po zmarłym mężu lub żonie?

Co łączy Kraków z bozonem Higgsa? Gdzie ryby wyszły na ląd? Jak pogodzić prawą i lewą półkulę mózgu? Odpowiedź znajdziesz na matematycznym drzewie, które można podziwiać w centrum Brukseli.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Mini galeria 04
  • Krakus
  • Ani Mru Mru
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Miss Fitness
  • Bal Gimnazjalistów
  • Dzień Dziecka 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Koncert Budki Suflera
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Koncert Golec u-Orkiestra

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices