Dziś jest , imieniny obchodzą:

Przyjęcie dla dzieci

Już od dawna myślałam, że muszę w końcu zadzwonić do Irenki, mojej dawnej sąsiadki, tej, dzięki której kontakt z Jackiem – moim obecnym mężem – był w ogóle możliwy i zakończył się happy endem. Myślałam o niej, myślałam i – jak to mówią – wywołałam wilka z lasu. Nie, żeby Irenka do tego mieszkańca boru była podobna czy to z wyglądu czy też z charakteru. Broń Boże! Po prostu, ściągnęłam ją myślami, a jej pojawienie się w moim życiu zawsze niesie ze sobą ciekawe wydarzenia. Tak było też i tym razem.

 

Jeszcze smacznie wszyscy spaliśmy w niedzielny poranek (o dziwo Pawełek przegapił szóstą rano, o której zwyczajowo nas codziennie budzi przerażającym rykiem, świadczącym o pustym brzuszku), kiedy zadzwonił telefon. Zwlekłam się zaspana i zachrypniętym głosem wymruczałam: halo. W tym momencie znajomy, piskliwy głos Irenki zabrzmiał w słuchawce dopytując się z niedowierzaniem czy mnie obudziła i czy my jeszcze o dziewiątej rano śpimy. Nie czekając na moją odpowiedź, była sąsiadka rozpoczęła swój słowotok, dosłownie zalewając mnie informacjami, plotkami i opowieściami z życia swojej rodziny i kręgu znajomych. Słysząc moje pomrukiwanie, co upewniało ją, że wciąż słucham, mówiła dalej, aż do momentu, w którym zapytała czy się zgadzam. Nie bardzo wiedziałam, na co mam się zgodzić, bo część ostatnich jej wywodów umknęła mi w chwili, gdy nalewałam wody do czajnika chcąc sobie zaparzyć poranną kawę. Urażona stwierdziła, że jej nie słucham i że lepiej będzie jak zadzwoni za pół godziny, jak już zjem śniadanie i dobrze się dobudzę. Byłam wdzięczna, że dała mi czas na wypicie kawy i nakarmienie Pawełka, którego obudziło dzwonienie telefonu. Z precyzją szwajcarskiego zegarka, równo pół godziny później, Irenka zadzwoniła i ponownie przedstawiła mi swoją prośbę, oszczędzając mi przy tym powtórki plotkarskiego wstępu.

 

Chodziło o pomoc przy przyjęciu dla dzieci z okazji ich święta, przypadającego na 1 czerwca. Moja była sąsiadka wpadła bowiem na pomysł zorganizowania poczęstunku dla znajomych dzieci, zarówno polskich jak i belgijskich, które tego święta nie znają. Irenka poczuła w sobie misję integrowania wszystkich maluchów i propagowania naszych tradycji w kraju, w którym przyszło jej żyć. Znalazła już idealne jej zdaniem miejsce na dziecięcą imprezę, wciąż jednak potrzebowała pomocnych rąk do pracy przy organizacji święta i jego obsłudze. Słysząc, że się waham co do podjęcia decyzji, szybko dodała, że oczywiście Pawełek też jest zaproszony, jak i nasza urocza nastoletnia sąsiadka zajmująca się rodzinnym psiakiem podczas naszych nieobecności, bo przyjęcie będzie także dla dorastających już latorośli. Nie miałam zbytnio wyboru. Nie chcąc zawieść Irenki i nie mając sił na stanowcze powiedzenie NIE, zgodziłam się pod warunkiem, że przekona też Jacka do pomocy i pozwoli nam wybrać rzeczy do zrobienia, którym z łatwością podołamy. Radość byłej sąsiadki była bezgraniczna. Kazała mi natychmiast zanotować, kiedy i gdzie będzie pierwsze spotkanie komitetu organizacyjnego Dnia Dziecka, jak i przygotować propozycję menu i atrakcji dla dzieci w różnym wieku i wywodzących się z różnych krajów. Wszystko to miało być przedstawione przez każdą mamę i przedyskutowane podczas zebrania, żeby zabrać się jak najszybciej do roboty.

 

Irenka to wulkan energii, której udzieliła wszystkim rodzicom przygotowującym przyjęcie dla dzieci. W ciągu dwóch tygodni udało się dopiąć na ostatni guzik niezbędne sprawy organizacyjne, ze znalezieniem sponsorów włącznie. Były zaproszenia, konkursy, gry i zabawy dla milusińskich w różnym wieku, a także ogromny polski bufet na słodko i słono. Wśród serwowanych smakołyków największym wzięciem cieszyły się oczywiście lody, a także galaretka z owocami i bitą śmietaną domowej roboty. Przysmak ten, nieznany w Belgii, początkowo nie wzbudzał zaufania ani rodziców ani dzieci, jednak ciekawość świata i chęć odkrywania nowych smaków, a także zwyczajne naśladownictwo sprawiły, że mali Belgowie zapragnęli spróbować tego, czym ze smakiem zajadały się polskie maluchy. Nasze ciasta i ciasteczka, a bliżej wieczora także wyśmienite kanapeczki imieninowe w wersji dziecięcej (np. z ketchupem lub biedronkami z pomidorków i oliwek) w mgnieniu oka znikały w przepastnych żołądkach wygłodniałych milusińskich. Jednym słowem, impreza się udała bardziej niż tego oczekiwaliśmy, o czym najlepiej świadczyły płacze, jęki i prawdziwe sceny rozpaczy, gdy ogłoszono, że czas już się zbierać do domu i świętowanie zakończyć. Maluchy, zmęczone i rozbrykane, darły się wniebogłosy, chcąc wymusić na rodzicielach przedłużenie zabawy. Rozczarowane, niektóre spłakane i czerwone ze złości, z rozmazanymi malunkami na twarzach i kolorowymi balonami, upychano wręcz do samochodów, aby w końcu móc wrócić do domu. W końcu rodzice też byli też umęczeni kilkugodzinnym pilnowaniem i obsługiwaniem swoich pociech.

 

W sumie, to było udane popołudnie. Pogoda nam dopisała, goście i atmosfera też. Mnie humor popsuła tylko nieco Irenka, która przy każdej nadarzającej się okazji robiła aluzje do konieczności posiadania więcej niż jednego dziecka. Wiedziałam doskonale, że piła głównie do mnie, ale nie dałam się zbić zbytnio z tropu i zbywałam ją ciętymi ripostami. Zwłaszcza na koniec, w tym ogólnym wrzasku maluchów buntujących się przed powrotem do domu, krzyknęłam do byłej sąsiadki, czy nadal jest zdania, że gromada rozwrzeszczanych bachorków w każdej rodzinie, to rzeczywiście dobry pomysł. Zajęta wycieraniem plamy z soku z czarnej porzeczki, który w ataku złości wylał na jej nową sukienkę jeden z małych gości, mruknęła tylko coś pod nosem nie wdając się ze mną w dyskusję. No i dobrze, pomyślałam, bo też już padałam na twarz i wcale nie chciało mi się z nią drążyć dalej tematu. Jakoś nie widzę się w roli mamuśki wielodzietnej rodziny, bo z jednym tylko pacholęciem roboty mam po same pachy. Naprawdę nie wiem, jak nasze mamy radziły sobie ze wszystkim? Kilkoro dzieci, często praca zawodowa, codziennie ciepły obiad z dwóch dań na stole, sprzątanie, szycie, odrabianie z nami lekcji, a do tego jeszcze kilometrowe kolejki w sklepach za wszystkim. I w dodatku, nigdy na nic nie narzekały...

Anna Karska

Polecamy

Ponad 4000 kilometrów, około 100 dni, tyle samo spotkań i pytań o najważniejsze w życiu wartości. 16 marca 2015 roku Marek Kamiński wyruszy w pieszą podróż z Kaliningradu do Santiago de Compostela – przemierzy szlak Św.

Jeśli ktoś nie wiedział, co ze sobą zrobić w sobotę 13 czerwca, trzeba było się stawić na tegorocznej edycji największego polonijnego wydarzenia sportowego w Belgii, czyli turnieju piłkarskiego Polonia Cup!

– Faceci?! Toż to jakiś podgatunek! – oceniła blondyna, wyjaśniając brunetce (albo odwrotnie) jakąś wątpliwość.

Zbliżający się wielkimi krokami Dzień Kobiet, o którym – mam nadzieję przynajmniej polscy mężczyźni nie zapomną! – jest wyśmienitą okazją do rozważań nad starym porzekadłem, że to nie suknia zdobi człowieka, a człowiek suknię.

 

Jednym z symboli, które nierozerwalnie kojarzą się z kwietniem, jest prima aprilis. Dzień żartów, kawałów, dozwolonego kłamstwa obchodzony był już w średniowieczu i prawdopodobnie nawiązuje do starorzymskich praktyk.

Jak pokazuje doświadczenie Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji Ambasady RP w Brukseli (WPHI), większość przedsiębiorców nie jest świadoma instrumentów wsparcia, jakie daje im Unia Europejska Szkoda, bo jest to prosta metoda na uniknięcie wielu problemów, a gdy już wystąpią, na ich rozwiązanie!

Od kilku lat mieszkam w Belgii i muszę się przyznać, że miałam zdecydowanie więcej czasu na zwiedzanie, kiedy przyjeżdżałam tu jako turystka. Dzięki temu poznałam liczne muzea i ciekawe miejsca w Brukseli, Brugii czy Gandawie.

Jak co roku, miesiące luty i marzec to już tradycyjnie czas targów „Rybomania”. W lutym z kumplami z zaprzyjaźnionego Teamu Polish Vikings Carp Team udaliśmy się na targi do Poznania. Dla mnie to tradycja, a dla moich kolegów to pierwsze takie targi w Polsce.

W przeszłości 1 Maja był niezwykle ważnym świętem, Świętem Pracy, które uświetniały huczne pochody robotnicze. Ale ja nie o tym chcę dziś pisać, choć z pewnością moje wywody mają ścisły związek z pracą. Stare przysłowie głosi: „Bez pracy nie ma kołaczy”.

Wakacyjny pobyt w rodzinnych stronach, każdy z nas – emigrantów – wykorzystuje nie tylko na odpoczynek, spotkania z najbliższymi, opychanie się smakołykami domowej roboty, ale też na załatwienie rozmaitych najpilniejszyc

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Dzień Dziecka 2012
  • Krakus
  • Koncert Budki Suflera
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Gimnazjalistów
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Miss Fitness
  • Mini galeria 03
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Ani Mru Mru
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Mini galeria 04
  • Bal Karnawałowy 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices