Dziś jest , imieniny obchodzą:

Nie ma jak u mamy...

Nareszcie nadeszło lato, a wraz z nim upragniony urlop. Nie mieliśmy żadnych specjalnych pomysłów na wakacyjny wyjazd, więc skończyło się na podróży w rodzinne strony. Może niezbyt oryginalnie, w porównaniu z wypadami w egzotyczne zakątki świata, dzikimi plażami ze złotym piaskiem czy zapierającymi dech w piersiach zabytkami światowych metropolii, ale za to bardzo rodzinnie, swojsko i spokojnie. A dla mnie osobiście, były to jedne z najfajniejszych wakacji w życiu. Miesiąc prawdziwego relaksu i wypoczynku. Z dodatku, pierwsza taka laba od czasu narodzin Pawełka!

 

Podróż minęła nam nawet spokojnie, bo nauczeni doświadczeniem, wybraliśmy jazdę nocą, kiedy i chłodniej i spokojniej, bo umęczone po całym dniu dziecko smacznie sobie śpi ululane jednostajnym szumem silnika samochodu. Jacek – zmęczony siedzeniem za kółkiem – zaraz po prysznicu i powitalnym śniadaniu poszedł spać nadrabiając zarwaną noc. Ja też się położyłam i zdrzemnęłam do samego południa oddając małego pod opiekę stęsknionych dziadków. Od czasu do czasu słyszałam tylko głośne cmokania babci, która nie mogła już się doczekać przyjazdu wnusia i jego chichoty zapewne z żartów dziadka. W porze obiadu obudził mnie znajomy stuk tłuczka do mięsa ubijającego kotlety schabowe. Pomyślałam, że zapowiadało się bardzo smacznie, ale też mało dietetycznie. Dom rodzinny i wyborna kuchnia mamy, to zresztą nie miejsce ani czas na grzebanie widelcem w talerzu i chrupanie listka sałaty w ramach drakońskiej diety odchudzającej. Nie myliłam się. Pod względem serwowanego nam jedzenia moja rodzicielka przeszła samą siebie dogadzając nam codziennie rozmaitymi smakołykami, od konfitur domowej roboty na śniadanie, przez marynowane grzybki, kiszone ogórki, wszelkiej maści sałatki, surówki i zupki. Na stole gościły oczywiście i bardziej pożywne specjały, w tym przeróżne mięsiwa, ręcznie lepione pierogi, lokalne wyroby wędliniarskie i młode ziemniaczki z ogródka. Zajadałam się wszystkim ze smakiem, podobnie jak Jacek i Pawełek, którym aż się uszy trzęsły, gdy pałaszowali kolejne dania. Mama z nieukrywaną radością dawała chłopakom dokładki, rzucając od czasu do czasu uwagi, że Ania musi lepiej i więcej gotować, bo rodzina wygłodzona się zdaje być. Nie były to jednak kąśliwe zaczepki mojej teściowej, jedynie wesołe drażnienie, w myśl starego powiedzenia, że kto się lubi ten się czubi.

 

Poza znakomitą wyżerką, kolejnym plusem pobytu w rodzinnym domu była sama obecność moich rodziców. Ich pomoc w opiece nad Pawełkiem była nieoceniona. Bawili się z wnuczkiem w ogrodzie, mama zabierała go do sąsiadek, przyjaciółek, ciotek i wszystkich krewnych w okolicy, żeby się nim pochwalić jaki to on ładny, mądry i grzeczny. To nic, że Pawełek akurat psocił, złościł się o coś niewyspany lub darł wniebogłosy zmęczony obecnością różnych obcych mu twarzy. Dla babci i tak był najgrzeczniejszy na świecie, prawdziwy aniołek. Dziadek podobnie, choć z większym umiarem, był dumny jak paw ze swojego wnuczka. Snuł plany gdzie go zabierze, gdy trochę podrośnie, bo niestety wspólne łowienie ryb czy grzybobranie musiały jeszcze trochę zaczekać. Chwilowo ich wycieczki ograniczały się do przydomowego kurnika, chlewika, sadu i ogródka, ale dla mojego synka i tak były jak wyprawy na koniec świata pozwalające dokonywać przeróżnych odkryć w świecie przyrody. Świadczyły o tym wieczorne opowieści malucha, gdy z przejęciem relacjonował mi co, gdzie i kiedy widział, jak to wyglądało, jak pachniało, albo było bee.

 

Dyspozycyjni dziadkowie mieszkający pod jednym dachem, gotowi w każdej chwili zająć się wnusiem, sprawili, że po raz pierwszy od bardzo dawna mieliśmy z Jackiem trochę czasu dla siebie, a także – każde z nas z osobna – na swoje zapomniane nieco pasje. Jacek chodził na ryby. Ja czytałam książki. Codziennie wybieraliśmy się też z małżonkiem na długie spacery do pobliskiego lasu lub nad rzekę, albo jechaliśmy na przejażdżkę samochodem w dawno nieodwiedzane miejsca w naszej okolicy. Pogoda nam dopisywała, humory też. Poczuliśmy się wypoczęci, wyspani, oderwani od codziennych problemów, z którymi musimy borykać się na co dzień w Brukseli. Byliśmy szczęśliwi i zgodnie stwierdziliśmy, że przyjazd na dłużej w nasze rodzinne strony był w gruncie rzeczy strzałem w dziesiątkę. No cóż, czekały nas jeszcze spotkania z mamą Jacka, ale postanowiłam, że nie dam sobie zepsuć dobrego samopoczucia zjadliwymi komentarzami wiecznie na coś utyskującej teściowej ani jej skwaszoną i niezadowoloną miną. Na szczęście nie musieliśmy u niej nocować, więc spotkania „z doskoku” szło jeszcze jakoś wytrzymać. Jak się potem okazało, podobnie jak moja była sąsiadka Irenka, mamuśka Jacka upodobała sobie tym razem temat drugiego dziecka. Sączyła nam do ucha, że Pawełek już odchowany, to idealny czas, żeby pomyśleć o kolejnym potomku, bo czas leci i różnica wieku między dziećmi będzie coraz większa. Tata Jacka za każdym razem uspokajał swoją małżonkę, żeby się nie wtrącała, bo to nie jej sprawy i żeby pod kołdrę nikomu nie zaglądała. Efekt był taki, że na ostatnie spotkanie z mamusią nie pojechałam wymawiając się silną migreną i miałam święty spokój. Wolałam zostać w domu ze swoimi rodzicami i siedzieć jak za dawnych dobrych czasów na ławce – huśtawce w ogrodzie i gapić się na drzewa, na niebo i myśleć sobie o niebieskich migdałach. Gdy tak sobie siedziałam rozmyślając o tym i o owym, przysiadła się do mnie mama i zaczęłyśmy wspominać czasy, kiedy byliśmy z rodzeństwem jeszcze dziećmi. Nasze „psoty, głupoty, kłopoty” jak to mawiała św. pamięci babka Łucja o rodzinnych małolatach wiedząc dobrze jako matka siedmiorga latorośli, ile wody musi upłynąć zanim się potomstwo odchowa i pociechy z niego jakiejś się doczeka.

Rozmowa z mamą sprawiła, że zatęskniłam za beztroską młodzieńczych lat, ale też odkryłam, że na wiele spraw patrzę teraz – sama będąc już matką – zupełnie inaczej. Bliżej mi do poglądów moich rodziców, niż do szaleńczych pomysłów małolatów. Zestarzałam się? Nie, raczej – dojrzałam. Stałam się bardziej świadoma tego, czego chcę w życiu, co mi odpowiada a co nie, bez konieczności pytania innych o zdanie czy radę. Długa rozmowa z mamą i wakacyjny pobyt w domu rodzinnym sprawiły, że doceniłam swoje korzenie, pochodzenie, dzieciństwo jakie miałam i własnych rodziców. Sądzę, że za rok też pojedziemy na lato „do dziadków”, bo po co – jak Koziołek Matołek – „po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko?”...

Anna Karska

Polecamy

Jakiś czas temu, w mieście Paryżu, jedna z agencji badania opinii publicznej wyduszała z przechodniów zeznania: jakie jest ich najczęstsze marzenie miłosne. Ponad 80% badanych widziało się z ukochaną (ukochanym) w objęciach pod tropikalną palmą o zachodzie słońca!

Czasami, z przyczyn od nas niezależnych, nie dostaniemy urlopu w terminie, który nas interesuje. Bardzo często też, nawet gdy bierzemy urlop, nie stać nas na dalekie zagraniczne wojaże.

22 września miało miejsce uroczyste otwarcie na brukselskim kampusie KUL nowego kierunku nauczania języka polskiego jako drugiego języka obcego w ramach studiów z lingwistyki stosowanej.

 

Znaczki lojalnościowe – getrouwheidszegels/timbres de fidélité

W pewnych sytuacjach korzystanie ze smartfona bywa kłopotliwe lub nietaktowne. Na szczęście wymyślono już urządzenie, które umożliwia kontrolowanie pracy smartfona i odczytywanie wiadomości bez wyjmowania telefonu z kieszeni czy torby, lub zerkania na jego ekran.

 

O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna, wie każdy. A marzenia o przystojnym księciu z bajki przybierają na sile z wiekiem, zwłaszcza gdy 30-tkę ma się już dawno za sobą, a zegar biologiczny zaczyna coraz intensywniej tykać.

Akademia Kultury to projekt zrealizowany 23 listopada przez Centrum Kultury i Edukacji Polskiej PLUS dzięki wsparciu Ambasady RP w Belgii. Głównym założeniem Akademii Kultury było aktywizowanie polskich rodzin do twórczych działań oraz kreatywnego spędzania czasu wolnego.

Wielu emerytom trudno wyżyć za przeciętną emeryturę. Ale co się dzieje, gdy jeden z nich umiera? Czy mają prawo do renty rodzinnej po zmarłym mężu lub żonie?

1. Licencja wędkarska

Licencja wędkarska jest obowiązkowa. Istnieją dwa rodzaje licencji:

Rozpoczęcie nowego roku szkolnego to dla wielu mam większy stres niż dla ich dzieci. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że rodzicielki są świadome nawału pracy jaki je czeka w ramach codziennej gonitwy między pracą, domem, a szkołą.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Ani Mru Mru
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Mini galeria 04
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Gimnazjalistów
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Koncert Budki Suflera
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka 2012
  • Krakus
  • Miss Fitness

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices