Dziś jest , imieniny obchodzą:

PRL – Z życia Eskimosa

Z czasami PRL-u do końca życia będą mi się kojarzyły dwa, położone na przeciwnych zresztą biegunach, zapachy. Pierwszy z nich to dystyngowany i nie do podrobienia zapach sklepów Pewex, ale o tym porozmawiamy innym razem. Drugi – to zapach wypożyczalni łyżew w moim powiatowym mieście w zachodniopomorskim. Bo w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej zima zawsze była zimą, a jezioro na ferie czekało już pięknie zamarznięte.

 

Jezioro nasze stanowiło dla wszystkich małolatów obiekt pełnej fascynacji. Aby jednak zażywać rozkoszy gry w hokeja w czasie wolnym od szkoły, trzeba najpierw było mieć łyżwy. Zanim pod koniec lat 70-tych pojawiła się wspomniana wyżej wypożyczalnia, z brakiem sprzętu radzić trzeba było sobie inaczej.

Przede wszystkim w handlu nie funkcjonowały w ogóle „buty z łyżwami”. Do połowy lat 70-tych nie było ich w sklepie i już. Zresztą dla naszych (a przynajmniej moich) rodziców nie do pomyślenia w ogóle było, by można marnować buty do jeżdżenia, skoro buty są do chodzenia. Jedynym kompromisem był zakup, jak się udało, butów, które w obcasie miały specjalną dziurę okutą metalem. Do takich butów można było dokupić w sklepie harcerskim (były takie, oj - były!) łyżwy.

Były one pozbawione rozmiaru, a mocowało się je dzięki dziurze w obcasie i dokręcało specjalnym kluczykiem sprzedawanym w pakiecie. Kluczyk zresztą trzeba było nosić w kieszeni, bo mocowanie raz po raz zawodziło, a łyżwa spadała z buta. Warto też dodać, że dziewczyny raczej nie gustowały w tak parcianej rozrywce. Zmieniło się to dopiero w momencie otwarcia wspomnianej wypożyczalni, która oferowała pełne gracji „figurówki”, czyli buty z przymocowanymi na stałe łyżwami.
Jezioro nasze zaroiło się momentalnie. Podczas ferii zimowych, ale nie tylko, łyżwy wypożyczało wszystko, co miało dwie nogi. Na łyżwach widziano proboszcza i sekretarza partii. Aptekarkę i nauczyciela. No i oczywiście nas – uczniów podstawówek. A jezioro dostojnie zmieściło nas wszystkich, bo jest naprawdę rozległe.
Były jednak pewne kłopoty ze sprzętem. O ile od pewnego momentu można było z wypożyczalni wziąć łyżwy, o tyle powstał problem: co dalej? Samo bezmyślne jeżdżenie było maksymalnie „babskie”, gonitwy typu „berek” też się znudziły, trzeba było iść z duchem czasu i pełnym rozmachem. Znaczy się – co?! Wiadomo, mecze hokeja! Pojawiły się jednak przeszkody. Główną była taka, że część graczy (dysponujących wypożyczonymi łyżwami „hokejówkami”) nie chciała grać z tymi, dla których ich nie wystarczyło i jeździli na babskich „figurówkach”. Poza tym wypożyczalnia wprawdzie miała łyżwy, ale nie miała kijów hokejowych! Były one, od pewnego momentu, dostępne we wspomnianej Składnicy Harcerskiej, ale do takich fanaberii jak zakup kija dawali nakłonić się jedynie najbardziej zamożni rodzice. Czyli niewielu, niestety.

No, cóż. Jednakże była rada – jezioro nasze opiera się o tzw. Małpiak, czyli coś, co w tamtych czasach było lasem, a dziś jest miejskim parkiem. Małpiak dostarczał nam wspaniałego sprzętu do hokeja, choć trzeba przyznać, że z oporną, zmarzniętą na kość gałęzią leszczyny trzeba było się nieźle namordować, by uzyskać z niej porządny kij do hokeja. Brakiem profesjonalnego krążka nikt się nie przejmował, krążek? Jaki problem?

Jezioro jednakże należało nie tylko do nas i niekiedy można było na nim szukać emocji większych niż gra gałęzią w hokeja. W niektórych miejscach wytwarzały się bowiem skupiska wędkarzy podlodowych – oto siedziało na stoliczkach pięciu, ośmiu skulonych facetów w czapkach uszankach i wpatrywało się w spławik podskakujący w przerębli o średnicy dziesięciu centymetrów. Iluż z nas gonili ci wędkarze! Chodziło o to, by nie dać się złapać, nie dać się dogonić po tym jak szaleńczym wypadem wjeżdżało się, (po uprzednim zamaskowaniu twarzy) między ich stanowiska, wrzeszcząc naturalnie wniebogłosy i podskakując jednocześnie w okolicach przerębli. (Autora nigdy nie złapano).

Wspomniany powyżej Las-Małpiak podczas ferii zimowych również stanowił nie lada wyzwanie. Tym razem w sportach ekstremalnych realizowali się saneczkarze, bo góra jest całkiem spora, a z jednej strony tak stroma, że nikt i nigdy tamtędy, o ile autorowi wiadomo, nie zjechał.

Tu dysonanse sprzętowe były znacznie mniej skomplikowane niż na lodzie. Po prostu szanujący się saneczkarz prędzej spaliłby się ze wstydu niżby pojawił się na stoku ciągnąc na sznurku... drewniane sanki. A już z oparciem, to w ogóle rozpacz, siąść i płakać.
Prawdziwe sanki były żelazne, najlepiej jeśli nie ze sklepu, ale zespawane w którejś z fabryk zbrojeniowych (było ich u nas kilka) dzięki determinacji naszych ojców, indywidualne, niepowtarzalne, z leżyskiem sporządzonym z kilku sztachetek. Leżyskiem, bo na siedząco się nie jeździło! Pęd tylko i wyłącznie na brzuchu, głową do przodu, dłonie na wygięciu płozy, kierowanie bolidem czubkami butów. Na zabój, prosto albo slalomem między drzewami. Wątpliwie skutecznym, z dzisiejszego punktu widzenia, był patent smarowania płozy woskiem ze świecy. Wtedy jednak nikt tego nie kwestionował, więc na sanki chodziło się ze świecą w kieszeni.
Zima w PRL-u była w pełni przewidywalna. Przychodziła w grudniu, sypała śniegiem w Wigilię, skuwała lodem jezioro, mroziła do minus 20-tu i... odchodziła w marcu. Taka była. Nie do pomyślenia było, że coś w tym systemie nawali, no jak – ferie zimowe bez zimy, śniegu i lodu? Ostatnim jej ukłonem w naszą stronę był gest tworzenia się kry na jeziorze. Wiosna szła pełną parą, lód pękał, a po krach skakał kto?! Zgadza się. My! Od razu powiem, że wielu „się skąpało” i w paralitycznym dygocie biegło do domu po ratunek (wiązało się to z pewnymi, nieuniknionymi, represjami ze strony rodziców), ale nikt nigdy się nie utopił. Ba – nikt nie zapadł na żadne zapalenie płuc. Może wiązało się to z faktem, że wszyscy byliśmy dziećmi ludzi, którzy przeżyli wojnę? A może z tym, że skakanie po krach inspirowało tylko największych wariatów?
Dziś nasze jezioro zamarza raz na osiem lat, śnieg spadnie raz na cztery, a na sanki na Małpiak nie chodzi już chyba nikt. Dzieciaki z rodzicami jadą do Zakopanego, w Dolomity czy inne Alpy. Wypożyczalni łyżew oczywiście od dawna nie ma. Do głowy nikomu nie przyjdzie, by skakać po krach. Kurde, ile te dzisiejsze dzieciaki straciły, aż niewiarygodne! 

Polecamy

Usiadłem przy stole w kuchni, roztrzęsiony, nie mogąc pozbierać myśli. W rękach trzymałem dwa klucze - jeden, który otrzymałem od właściciela wynajętej kawalerki w Liège, a drugi znaleziony w kopercie na progu swego domu w Brukseli. Były identyczne.

Temat wspomnień z PRL-u rodzi bezlitosne konsekwencje; jeśli marzec, to - wiadomo - powinien być goździk i rajstopy na Dzień Kobiet. Odstąpimy jednak od tych, wielokrotnie zresztą przywoływanych, parcianych ikon polskiego socjalizmu.

Odkąd żużel stał się moją pasją, Patryk „DuZers” Dudek, zawodnik Falubazu Zielona Góra, to mój numer jeden na liście ukochanych zawodników.

Czy zakupoholicy nie mają dylematu „mieć czy być”? Dla nich często mieć to być. Ale to szczęście trwa krótko. Potem przychodzą problemy i wyrzuty sumienia. I tak w kółko.

 

O otrzymanie prawa do zasiłku dla bezrobotnych w Belgii mogą ubiegać się osoby, które zostały zwolnione z pracy z przyczyn od nich niezależnych lub którym wygasła umowa na czas określony (również umowa z biurem pracy czasowej – interim) i które nie otrzymały kolejnej umowy o p

Najważniejsza jest gramatyka, wyuczenie się jak największej ilości słówek i poprawność, bez której ani rusz – właśnie tego najczęściej uczy nas polskie szkolnictwo, sprawiając, że z jednej strony jesteśmy podziwiani za granicą za nasze zdolności językowe, z drugiej strony jedn

Dzień Kobiet od lat dzieli społeczeństwo na zwolenników i przeciwników. Podział dotyczy celebrowania tego wciąż kontrowersyjnego święta. Żeby choć trochę przybliżyć fenomen 8 marca, poprosiłam o wypowiedź ludzi dobrze nam znanych z mediów.

Zielony krajobraz, piwna pasja, rolnicze podstawy i wykształcenie inżynierskie legło u podstaw nowego browaru w Ardenach w roku 2008.

Czy wy wiecie, że są na świecie takie kraje, gdzie ze śniegiem z chmur spadają Mikołaje?” – takimi oto słowami Święty Mikołaj powitał uczniów Polskiego Centrum Kształcenia im. Jana Pawła II w Brukseli w dniach 6 oraz 9 grudnia.

W tym roku obchodzimy 70 rocznicę zakończenia II wojny światowej.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Miss Fitness
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Gimnazjalistów
  • Ani Mru Mru
  • Mini galeria 04
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Koncert Budki Suflera
  • Dzień Dziecka 2012
  • Mini galeria 03
  • Koncert Golec u-Orkiestra

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices