Dziś jest , imieniny obchodzą:

Na emigracji: ekoPolak z odzysku?

Wyprowadzanie psa do parku?! Niech szybko się załatwi, strażników nie widać. Segregowanie śmieci? Tak, ale nie bądźmy ortodoksami, czarny worek pochłonie wszystko. Guma z gęby wyleciała na chodnik? Spokojnie, niech leży – ludzie zadepczą. Plastikowe torby na zakupach? Niech będą, pewnie w domu się przydadzą. Polskie zachowania „na emigracji” dalekie są od wzorca, choć – przyznać trzeba – wielkich powodów do wstydu nie mamy.

 

O tym, że „ekologia na co dzień” bywa potrzebna, człowiek pamięta głównie wtedy, gdy przychodzi mu za nią zapłacić. Popyt na plastikowe torby zmalał na świecie nie dlatego, że nagle uświadomiliśmy sobie np. fakt, iż morskie żółwie biorą je za meduzy i – łykając – giną w męczarniach. To zwyczajnie zakaz ich rozdawnictwa w supermarketach, gdzie trzeba za nie zapłacić, przyczynił się do wzrostu świadomości ekologicznej. Jeśli jednak zachowanie ekologiczne wymaga trudu albo nie jest związane z jakimkolwiek nakładem, to rychło wychodzi z nas natura śmieciarza. Z nas – ludzi. Bo choć „Polakom-Emigrantom” zarzucić można wiele, to z pewnością nie przodujemy w tych niechlubnych rankingach.

 

Oczywiście, przyznać sprawiedliwie trzeba, że Polaków moda na ekologię nigdy nadzwyczajnie nie fascynowała i wiele wskazuje na to, że doskonale moglibyśmy się bez niej obyć, zostawiając ratunek następnym pokoleniom. Pobocza polskich dróg do dzisiaj straszą, worki ze śmieciami spotykane w lasach nie są żadnym niecodziennym znaleziskiem, a zużyta opona stercząca z najmniejszego leśnego bajora świadczy o tym, że długa jeszcze przed nami droga. Żółte, tłuste dymy wzbijające się w niebo z osiedli domków jednorodzinnych nie są również zimą widokiem niezwykłym.

 

Jednak poza granicami kraju – być może bojąc się kar wymierzanych w funtach czy w euro – mobilizujemy się i stajemy się nadzwyczaj ekologicznymi. – Polak za granicą generalnie od razu przemienia się w Europejczyka. Stara się przestrzegać wszystkich przepisów z zacięciem neofity. Ba, przestrzega ograniczeń szybkości, jadąc samochodem, bo zaraz przelicza mandaty na złotówki, a to mnożenie jest bardzo nieprzyjemne – tłumaczy przemianę Andrzej Szozda, fotografik z Poznania. W jego opinii, poza granicami kraju zachowujemy się poprawniej i w sposób daleko bardziej cywilizowany niż będąc „na własnych śmieciach”. Martyna Zimniewska potwierdza to spostrzeżenie, wyciągając oskarżycielsko palec w stronę rodowitych mieszkańców krajów „Zachodu”.

 

– Polacy, bez względu na to, jak długo mieszkają w Wielkiej Brytanii czy tam innej Belgii, to i tak nie mogą się przyzwyczaić do widoku tutejszej młodzieży nagminnie i beztrosko wyrzucającej śmieci gdzie popadnie – na chodnik, na trawnik, do rzeki, przez okno, na sąsiednie miejsce w autobusie. To dla nas prawdziwy szok kulturowy, który chyba każdy przeżywa po wyjeździe poza granicę RP. Nabytej czystości młodzi Brytyjczycy mogliby się od nas uczyć – dodaje.

 

Jej kilkuletnie obserwacje rodaków w Edynburgu i na kontynencie pozwalają stwierdzić, że „zakręcamy wodę podczas mycia zębów, gasimy światło wychodząc z pokoju, a do marketów, które za reklamówki pobierają opłaty coraz częściej zabieramy własne torby”. Ale jeśli wymiernej korzyści nie ma albo na horyzoncie pojawia się konieczność dopłaty za bycie eko, to polski entuzjazm słabnie. – Nie jesteśmy zainteresowani żywnością z ekologicznych upraw, produktami fair trade czy odzieżą z organicznej bawełny. Ale nie marnujemy prądu, wody ani żywności, naprawiamy stare sprzęty zamiast biec od razu po nowe, a odwiedzając Polskę odruchowo szukamy osobnych pojemników na papier i plastik – dodaje Zimniewska.

 

Robert Dębicki, prezes firmy „Polska Ekologia” tylko częściowo podziela taki entuzjazm. – Cóż, cały czas z Polaków wyłazi te 50 lat komuny i wynikający z tego fakt, że wszystko było wspólne, czyli niczyje. A jak niczyje, to i dbać nie trzeba. To się zmienia z czasem, bo na szczęście w szkole dziecko dziś dowiaduje się, że palenie w piecu centralnego ogrzewania plastikowymi butelkami PET nie tylko rozwala komin, ale też zatruwa rodzinę i sąsiadów. I zawsze może powiedzieć „Tato, co ty robisz”. Ale tej nauki przed nami jeszcze na dziesięciolecia – konkluduje Dębicki. Ekologia na co dzień to znaczne koszty i to nie tylko te, które zawierane są w karach za dane wykroczenie. – Jaka to sztuka być ekologicznym, kiedy się jest bogatym? – stawia retoryczne pytanie Jerzy z Amsterdamu, wskazując swój samochód. Dziesięcioletni volkswagen, czerwony, pali 8-9 na sto. – Myślisz, że nie chciałbym mieć nowego, tańszego w eksploatacji i palącego mniej?! Ale na taką ekologię po prostu jeszcze mnie nie stać – zauważa, choć zdaje sobie sprawę, że w tym przypadku „ekologicznie” równałoby się „taniej”. Bezpośrednio takiego przełożenia nie widzimy, oglądając w supermarkecie jajko z farmy ekologicznej, które kosztuje trzy razy tyle, co jajko „przemysłowe”. A i kurczak, który za życia choć raz widział słońce i miał okazję przespacerować się na powietrzu trafi jedynie do garnka kogoś, kto zakłada dwie rzeczy: że będzie smaczniejszy oraz że za te 10 euro chroni się przy okazji ekosystem.

 

Co ma ekologiczny kurczak do ekologii? Ano to, że „to nie transport jest największym źródłem emisji gazów cieplarnianych, ale właśnie produkcyjna hodowla zwierząt” – od lat podkreśla prof. dr hab. Piotr Tryjanowski z Instytutu Biologii Środowiska UAM. To właśnie fakt, że na przemysłowych farmach zwierzęta muszą jeść, trawić i wydalać, a ich żywienie i eliminowanie ich ekskrementów stanowią coraz większe obciążenie dla globalnego środowiska naturalnego, wpływa bezpośrednio na kondycję naszej planety i jej mieszkańców, z czego mieszkańcy ci rzadko kiedy zdają sobie sprawę.

 

Nikt nie wymaga od nas, byśmy wiązali losy torby z supermarketu ze śmiercią żółwia skórzastego ani analizowali ze skupieniem mapy przestrzeni ogołoconych z amazońskiej puszczy. Jednak zwykły szacunek dla drugiego człowieka nie powinien nam pozwalać na umieszczanie butów na siedzeniach autobusowych, na marnowanie dziesiątek papierowych ręczników w publicznych toaletach, czy na rzucanie niedopałków wprost pod nogi. Zwykłe „bycie uważnym” przedłuża życie Ziemi, a nie wolno zapomnieć, że jesteśmy tylko jej chwilowymi lokatorami.

 

Wywiad z Robertem Dębickim – prezes firmy Polska Ekologia: 

Jakie są pańskie obserwacje – czy bycie ekologicznym ma jakiś wpływ na powodzenie u kobiet?
Jasne, że to ma duże znaczenie. No proszę sobie wyobrazić, że staramy się na jakiejś kobiecie wywrzeć pozytywne wrażenie, a jednocześnie podczas rozmowy plujemy na boki, wypróżniamy samochodową popielniczkę na poboczu czy śmiecimy wkoło siebie. To już nawet nie brak postaw proekologicznych, a zwyczajny stan, który nazywam „dziadostwem”. A w kontaktach damsko-męskich dziadostwo ma zasadnicze znaczenie. Chyba, że ona też z takiego mentalnego dziadostwa pochodzi, to wtedy „żyli długo i szczęśliwie”. Ale to chyba logiczne, że jeśli śmiecisz dziś wokół siebie, to i w przyszłym wspólnym życiu będziesz robił tak samo. To nawet niezły test.

Byłby w pańskiej opinii „przeciętny Polak” ekologicznym analfabetą?
Tak ostro bym tego nie sformułował. Szczególnie teraz, gdy w szkołach nauczyciele naprawdę przywiązują dużą wagę do promowania postaw proekologicznych wśród dzieci, że uczą je wrażliwości na piękno, estetyki cywilizacyjnej, wskazują często zachowania, z którymi te dzieci obcują w domu na co dzień.

Wskazywał pan, że dużą winę za ekologiczną ślepotę wśród wielu Polaków ponosi miniony system.
Na pewno bardziej odpowiedzialna jest tu właśnie „komuna”, czyli czasy budowy socjalizmu, gdzie miarą sukcesu cywilizacyjnego były setki kominów walących dym w niebo. Nikt się nie przejmował jakąś tam ekologią, zresztą wszystko było wspólne, czyli niczyje. A jak niczyje, to i dbać nie trzeba. Do dziś nie pozbyliśmy się takiego myślenia. Wystarczy przejść się do wnętrza jakiejkolwiek kamienicy, która po wojnie straciła starego właściciela, a zyskała nowych lokatorów, czyli chłoporobotników. Dewastacja takich miejsc następowała błyskawicznie, tu można było coś ukraść, tu coś urwać, tam bezkarnie napluć. Dlatego wciąż zauważam, że ludzie wychowujący się w tamtych czasach w Niemczech, Francji, Holandii czy Skandynawii mają we krwi jakiś składnik, który różni ich od nas pod tym względem.

Ekolodzy często podnoszą alarm nieco na wyrost – nie ocenia pan Polaków jednak zbyt surowo?
Zapoznałem się ostatnio z opinią kolegi z branży zamieszkującego jedno z osiedli „domków jednorodzinnych” w Poznaniu, mieście uważanym powszechnie za polski wzór porządku i „akuratności”. Według jego obserwacji, gdy zimą osiedle zaczyna odpalać swoje piece, to skażenie robi się większe niż w przypadku, gdyby obok pracowała średniej wielkości spalarnia. O jakiej więc krzywdzie w ocenie tu mówimy? Inny znajomy podczas przypadkowej sąsiedzkiej rozmowy dowiaduje się, że ten zabezpieczył się na zimę w opał i mrozy mu niestraszne. Facet po prostu kupił transport gumowych zelówek z odrzutu i tym właśnie zamierzał palić zimą w piecach. Pomijając już to, że to kryminał, to chyba jednak najpierw głupota. No i co w takich przypadkach zrobić?! Zakapować sąsiada i zyskać wroga do końca życia? Zresztą uczciwie trzeba przyznać, że ekologiczna straż nie ma ani ludzi ani możliwości skutecznej walki z takimi przypadkami. Na teren posesji można ich nie wpuścić, dostęp do pieca uniemożliwić, a bez tego nie da się przecież sporządzić raportu, niewspominając już o ukaraniu.

Pomijając naturę homo sovieticus można chyba jednak uznać, że zachowania proekologiczne rosną w siłę, a ludziom dzięki temu żyje się dostatniej?
Martwi mnie, że wiele gmin odeszło ostatnio od polityki segregowania śmieci. To wina oszczędności czynionych w samorządach w czasie kryzysu. Jeszcze niedawno było tak, że to gminy umożliwiały segregację, ustawiały pojemniki albo rozdawano w nich bezpłatnie słynne kolorowe worki na śmieci, żeby w domu spokojnie posegregować odpadki. Teraz w mojej gminie worek taki trzeba kupić, a każdy z nich kosztuje 8 złotych. Kto dziś wyda 24 złote miesięcznie na takie – wielu Polaków wciąż tak uważa – fanaberie?! Walka o postawy proekologiczne wcale jeszcze w Polsce nie jest wygrana i moja rada zacząć od siebie – nie śmiecić bez sensu, myśleć o sobie i o innych ludziach, no i pamiętać, że przez nas natura może kiedyś nie podołać samoregeneracji.

Polecamy

Tomasz Choiński, absolwent Informatyki i Matematyki, SGGW w Warszawie, a dziś instruktor fitness i kulturystyki z wieloletnim doświadczeniem. Były Mistrz Polski w aerobiku sportowym.

Jeszcze tylko chwila, jeszcze kilka dni i zaczną się wakacje. U mnie, w tym roku trochę inaczej, trochę na raty. Nasz syn kończy pierwszą klasę szkoły średniej, a córka jest w podstawówce, więc jego wakacje zaczynają się wcześniej.

Prawie każdy marzy o podróżach, tych bliższych i tych dalszych. Wiele osób wciela swe plany w życie, ale nie sposób być wszędzie, zwłaszcza, gdy trzeba pracować, a urlop nie jest zbyt długi. Świetną okazję do poznania Europy w miniaturze daje brukselski park Mini-Europa.

Temat wspomnień z PRL-u rodzi bezlitosne konsekwencje; jeśli marzec, to - wiadomo - powinien być goździk i rajstopy na Dzień Kobiet. Odstąpimy jednak od tych, wielokrotnie zresztą przywoływanych, parcianych ikon polskiego socjalizmu.

Wycieczka do lasu dała mi coś więcej niż świeże powietrze i piękne widoki. Historia może i banalna, ale prawdziwa!

Istnieje cała lista warunków, które trzeba spełnić, by móc zawrzeć ślub w Belgii. Nie należy się jednak zniechęcać! Mnogość tych warunków wcale nie oznacza, że mamy mniejsze szanse na ślub, gdyż często większość wymogów jest automatycznie spełniona.

Różnymi stronami dochodzi do nas moda na „slow life”, zwolnienie tempa życia. Jak to rozumieć i czy to rzeczywiście coś dla nas? Co do końca znaczy ten trend?

Jednym z symboli Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej powinien być... świniak. I jeśli nie jest, to chyba wyłącznie dlatego, że o ile PRL-u się raczej powszechnie wstydzimy, to jednak chyba nie zdołaliśmy się jeszcze z niego (z Peerelu, a nie ze świniaka) porządnie otrząsnąć.

Nareszcie doczekałam się lata i upragnionego urlopu. Ze względu na Pawełka, nie planowaliśmy żadnych wypraw w dalekie, egzotyczne zakątki naszego globu.

– Tego nie wyrzucaj, jeszcze na pewno się przyda! – gdera mój wiekowy (85 lat), ale wciąż sprawny na wszystkich poziomach, ojciec Stefan.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Bal Gimnazjalistów
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Koncert Budki Suflera
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Miss Fitness
  • Dzień Dziecka 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Mini galeria 04
  • Krakus
  • Ani Mru Mru

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices