Dziś jest , imieniny obchodzą:

PRL – Polskie drogi (i bezdroża)

Siedziałem na mostku z wędką, zadzwoniła komóra, odezwał się koleżka. Zapowiedział, że niebawem dołączy, spytał, co przywieźć. – Weź coś na ciepło do jedzenia, bo zdaje się, że nie biorą – poskarżyłem się. Usłyszałem potwierdzenie, rozłączył się. Po dziewięćdziesięciu minutach usłyszałem jego przedzierające się przez krzaki auto. Zszedłem na ląd.

 

Powitanie, cześć-cześć, porządnie zgłodniały mówię: – Dawaj żarcie, jak ryby wyczują, że nie jestem głodny, to może zaczną brać! On się uśmiechnął i podszedł do samochodu. Pstryknął guzik, pokrywa odskoczyła, zaczął grzebać pod maską. Zajrzałem – między tymi wszystkimi kablami i alternatorami zauważyłem, że włożył spory pakunek owinięty w folię aluminiową. Wyjął go, położył na stoliku, rozwinął. – Nie było czasu na pierdoły, kupiłem zamrożonego kurczaka i folię, na parkingu wsypałem przypraw i szczelnie zawinąłem. Po drodze z silnika zrobiłem grilla – pochwalił się. Kurczak był upieczony idealnie! 

 

W tym momencie od razu stanęła mi przed oczami mordęga lat minionych, czyli sposoby na motoryzację w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W czasach, kiedy to na drogach królowały ciężarówki star, śmigały „zagraniczne” wartburgi, trabanty i skody, a średni wymiar posiadały jedynie żuki i nysy. Królestwo zaś jednośladów składało się zaś głównie z komarków i wu-zet-ek. 

 

Sposobów na okiełznanie materii komunikacyjnej – wobec braku części zamiennych – było bez liku. Podkreślić należy raz jeszcze: zepsutej części nie można było wymienić na nową, trzeba było ją naprawić! Nowych w sklepie nie było! Ale zanim o częściach – zacznijmy od wspomnianych jednośladów i od przygody pewnego Waldemara. Młodzieniec ów, mieszkaniec wioski w województwie zachodniopomorskim, otrzymał od rodziców obietnicę, że jak zda do następnej klasy w LO, to w nagrodę otrzyma motocykl. Zdał, ale wskutek braków na rynku upragniony jednoślad pojawił się przed chałupą dopiero w styczniu. Chłopak jak stał, tak wsiadł, jak wsiadł, tak pojechał. Jeździł po okolicznych polach i rozstajach ze dwie godziny, wreszcie wrócił, dojechał do stodoły, oparł się o nią i tak już został. Skostniałego jeźdźca rodzina musiała wyjąć z maszyny i kurować przez tydzień czy nawet dwa.

 

Doświadczeni motocykliści czasów minionych nie mieli kombinezonów, ogrzewania i wszystkich dzisiejszych fanaberii. Mieli tylko hart ducha, determinację i pomysłowość. Patentem zapewniającym osłonę tułowia przed przenikliwym zimnem była zwyczajna gazeta. Płachta „Trybuny Ludu” owinięta wokół korpusu, zaraz pod kurtką ocaliła zdrowie, a może i życie niejednego polskiego „easy-ridera”.

 

Ogrzewanie podczas transportu to rzecz niebagatelna. Wystarczy przypomnieć sobie PKP, gdzie w przedziałach latem z grzejników lał się ukrop, a zimą można było umrzeć z wychłodzenia. W autach ludzie radzili sobie jak potrafili. Najprostszym i skutecznym sposobem był kawałek tektury, którym należało zimą osłonić chłodnicę, umieszczając wspomnianą tekturę przy wlocie powietrza. Właściciele pewnego modelu skody posuwali się do tego, że w samochodach dodatkowo montowali nagrzewnicę od autobusu – mieściła się idealnie pod tylną kanapą!

Sama w sobie chłodnica, jako newralgiczna część układu, stanowiła osobny problem. Co zrobić, gdy przecieka, względnie „puszcza parę”. Sposoby były trzy: do chłodnicy wlewa się zawartość kilku jajek, do chłodnicy wlewa się roztwór wody z musztardą, do chłodnicy wsypuje się kilka łyżek mielonej kawy. Działało i działa – jak się dowiaduję – niekiedy do dzisiaj.

By jeszcze na chwilę wrócić do chluby przemysłu motoryzacyjnego z Czechosłowacji, czyli skody – znaczna część skód miała (zupełnie jak maluch) silnik umieszczony z tyłu samochodu. Bagażnik zaś był z przodu. Skoda była jednak znacznie większa od fiata 126p stąd obciążenie silnikiem, napęd na tył oraz pusty przód auta powodowały utratę stabilności. – Zawsze w bagażniku miałam kawał betonowego krawężnika, trochę pomagało – wspomina, bez łezki w oku, była właścicielka skody. 

 

Osobnym problemem było „odpalenie samochodu po zimowej nocy”. Kierowcy autobusów i ciężarówek (o czym wspomina m.in. Marek Hłasko) w ogóle się przy tym nie certolili: zwyczajnie na godzinę przed wyjazdem rozpalali wprost pod blokiem silnika małe ognisko. W warunkach parkingów aut osobowych było to niemożliwe, stąd widok właścicieli taszczących do domów akumulatory „na noc” nikogo nie dziwił. W domostwach w grę wchodziły przeróżnej maści prostowniki mające zasilić akumulatorowego trupa. Niejaką trwogą napawał nadchodzący poranek, bo dopiero wtedy okazywało się, na ile reanimacja była skuteczna. Jeśli nie była – następowała akcja „na zapych”, względnie podpinanie się kablami do innego, pracującego już auta. Tak, tak, były to czasy, kiedy alternatory nie ładowały, akumulatory „nie trzymały”, a mimo tych przeciwności – jakoś się jeździło.

 

Niektóre naprawy miały rzeczywiście charakter igrania ze śmiercią. Należało do nich „spawanie zbiornika paliwa”. Zbiornik paliwa bowiem, jak każdy pojemnik na ciecz, ma to do siebie, że czasem zrobi się dziurka i ciecz się wylewa. Kłopot jednakowoż taki, że opary benzyny są nadzwyczaj łatwopalne. Jak sobie zatem radzili fachowcy z palnikiem? Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem zbiornik należało zdemontować i... wypełnić go wodą. Dopiero potem można było brać się za spawanie. (Istnieje teoria, której autor nie sprawdzał, a która brzmi niewiarygodnie: można było spawać również w przypadku wypełnienia zbiornika benzyną. Tu prośba do Czytelników Nowinek o informacje: spotkaliście się kiedykolwiek z takim przypadkiem? Dało się? Spawacz przeżył?).

Banalnym i powszechnie znanym patentem na zerwany pasek klinowy było zastosowanie pończochy. Nieco mniej powszechna była umiejętność poradzenia sobie w przypadku deszczu przy jednoczesnej awarii wycieraczek. Choć brzmi jak żart, to przecież działało: przednią szybę należało przetrzeć przekrojonym ziemniakiem! Nie znam dokładnie procesów zachodzących między skrobią a deszczówką, ale weterani peerelowskich dróg twierdzą, że pomagało nadzwyczajnie i dzięki temu można było w miarę bezpiecznie dojechać do jakiegoś „warstatu”. 

Przez całe dziesięciolecia Polacy dzielili się na dwa obozy: tych, którzy sprzedają samochód i chcą ukryć jego wady oraz tych, którzy auto chcą kupić i przy zakupie wady te odkryć. Mówiąc uczciwie, zasada ta nie zmieniła się do dzisiaj, zmieniły się jedynie metody. Mimo tego, że współcześnie mamy aparaty szczegółowej diagnostyki, to przecież bez kłopotu da się „odmłodzić” samochód poprzez redukcję przejechanych kilometrów. Liczniki, mimo że elektroniczne, poddają się takim samym zabiegom jak dziesiątki lat temu te analogowe.

Kiedyś jednak wyjazd „na giełdę” był wydarzeniem epokowym dla całej rodziny. Auta wystawione na sprzedaż opukiwało się, obwąchiwało, robiło jazdy próbne wokoło terenu giełdy, starało się przejrzeć wszelkie machlojki sprzedawcy twierdzącego zawsze: „brzytew wóz!”. A wóz taki na przykład w skrzyni biegów miał wsypane trociny (co zapobiegało, na krótką metę, zgrzytom podczas zmiany biegów). Przy okazji: zawsze, już po podpisaniu umowy kupna/sprzedaży i przekazaniu odliczonej kwoty nowy właściciel pytał starego właściciela: – Ale panie, teraz już sprzedane! Powiedz pan, co jest w nim nie tak, żebym se naprawił, żebym się nie rozkraczył po drodze...

 

I stary właściciel mówił, co się uchowało przed wzrokiem kupca. Albo też, śmiejąc się w duchu, powtarzał: – Panie! Brzytew wóz, jak pragnę zdrowia! Dziś zapewne kupno/sprzedaż używanego samochodu nie straciła na swoim kolorycie, jednakże w siną dal przeszłości odeszły trabanty z plastiku, czechosłowackie skody, fiaty 126p odpalane kijem od szczotki, pierdzące wartburgi czy syrenki. Niezależnie od tego przed wyjazdem w dłuższą trasę: zabierzcie ziemniaka, pończochę, musztardę, jajka, a i kurczaka włóżcie pod maskę silnika. Zawsze się może przydać po drodze. A jak nie, to na miejscu zjecie ze smakiem. 

No, może oprócz pończochy!

Polecamy

Kiedy niecały rok temu w belgijskim sklepie IKEA zorganizowano klientom zabawę w chowanego, nikt nie spodziewał się, że pomysł ten „chwyci” i opanuje całą Europę. Niestety – władze szwedzkiego giganta, czyli IKEI, nie są konsekwentne.

Obiecałam sobie, że te święta będą wyjątkowe. Takie inne, magiczne, piernikowo-świerkowe, bombkowo-aniołkowo-lampkowe. Po prostu wy - ją - tko - we.

Mimo nazwy, która często kojarzy się nam z antypodami, Zelandia jest najbliższą Belgii nadmorską prowincją Królestwa Niderlandów. Położona w delcie trzech dużych rzek – Renu, Mozy i Skaldy – jest znana nie tylko ze swoich przepięknych plaż.

 

Zbliża się wiosna, dlatego też warto zadbać o swoją cerę, ponieważ skóra będzie narażona na promienie słoneczne. Po zimie skóra jest mocno przesuszona i brakuje jej witalności.

 

Zbliżający się wielkimi krokami karnawał w Belgii to świetna okazja do wspomnień sprzed trzech lat. Każdy, kto mieszka w kraju króla Filipa i królowej Matyldy zapewne słyszał, a może i brał udział w tego typu zabawach, których nieodłącznym elementem są różnorakie stroje i przebrania, często mieniące się złotem i ozdobione piórami. Wprawdzie nie mogą się one równać z pięknem weneckich kostiumów czy tych z Rio de Janeiro, ale i tak gwarantują świetną zabawę.

Czasami, z przyczyn od nas niezależnych, nie dostaniemy urlopu w terminie, który nas interesuje. Bardzo często też, nawet gdy bierzemy urlop, nie stać nas na dalekie zagraniczne wojaże.

Oktoberfest! Któż o nim nie słyszał… Wszak to najsłynniejsze na świecie Święto Piwa organizowane w Monachium z tradycją sięgającą 1810 r. I tu nasuwa się pytanie: jak narodził się Oktoberfest.

Pamięć tego, co spotkało mnie w ciągu ostatnich tygodni, ciążyła na mnie niczym nieustępliwy kac. Nigdy nie sądziłem, że coś tak nieistotnego jak włamanie do opuszczonego domu może zmienić moje życie do tego stopnia. I to jeszcze jak – zamieniło je w prawdziwy koszmar!

Pod koniec maja odbyły się uroczyste obchody Święta Konstytucji w SHAPE (w Naczelnym Dowództwie Sojuszniczych Sił Europy) w Mons. Dla zaproszonych gości była to jedna z rzadkich okazji znalezienia się na terenie, który na co dzień jest niedostępny dla zwykłych obywateli.

Prawie każdy tablet, aparat cyfrowy czy komórka posiadają slot na kartę pamięci, na których można zapisywać dane lub instalować oprogramowanie.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Bal Karnawałowy 2012
  • Ani Mru Mru
  • Krakus
  • Bal Gimnazjalistów
  • Koncert Budki Suflera
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Mini galeria 03
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 04
  • Dzień Dziecka 2012
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Bal Karnawałowy 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices